Trawa

wzeszła na całego!

W piątek zauważyłam zielony cień na ziemi. Z bliska widać było pełno małych kiełków. Wczoraj jak na zamówienie była ulewa. Trawsko podlane. Dziś coraz więcej zieleni. Cóż za radość.

Z ogródkowych przeżyć: kupiłam w Biedrze wisterię za ok. 7 pln. 10-cio centymetrowy patyk w doniczce. Ale chyba żyje, bo takie małe zielone po bokach tak jakby rośnie.  A wczoraj jeszcze wiciokrzew japoński, kwitnący na biało. No i wysiałam wreszcie ostróżkę, maciejkę i groszek pachnący. Koło furtki.

Dziś natomiast odkryłam, gdzie posadzę moją wisterię, glicynię….chyba chińską. Koło orzecha, jego ucięty pień będzie jedną z jej podpór.

Skończyliśmy z Tatą N.  „Utopię”. Hardcore.

A dzisiaj na dobranoc „Gifted” z Kapitanem Ameryką w roli głównej. Zastanawiam się.

Poza tym Tic toc….cały czas zbliżamy się do 20 maja. Jutro spowiedź próbna. Potem seria zebrań i spotkań i potem prób….Dobra noc!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dzień szczepionek.

Jako że umawiałam Tatę N. z jego gardłem do lekarza, pani z przychodni zagadnęła mnie, ze mamy zaległe szczepienia, czego akurat byłam świadoma, ale nie udało nam się umówić przed Świętami. I stwierdziłam, że właściwie też możemy przyjść. Padło na Antoniego, Cecylię, Józefa, a na miejscu jeszcze okazało się też, że Ksawery ma zaległe szczepienie.

Także hurtem. Jakby tego było mało, to Bernard dzisiaj się odczulał, a to też w formie szczepionki. Jaka ulga, że na ten rok szczepionki mamy z głowy…

Przed Świętami też chciałam posiać trawę, ale nie udało się, więc dziś jeszcze walczyłam z korzeniami podagrycznika. Może uda się w czwartek, po zapowiadanym przymrozku.

W Święta tradycyjnie, nocne czuwanie, na którym wszyscy zmarzliśmy. Potem lenistwo, lazania na obiad i obżarstwo przez kolejne dwa dni.

Ambitnie zrobiłam cztery ciasta, bo miałam takie poczucie, że jak zrobię mniej to skończą się w pół dnia. Ku mojemu zaskoczeniu największym powodzeniem cieszył się mazurek. Miał to być wielkanocny akcent, ale zrobiłam go trochę na siłę i bez wczuwania się. Kruchy blat posmarowałam karmelem z puszki i obłożyłam wokół maltersami. Dzieci się nim zajadały. I po co się wysilać.

Przez całą przerwę świąteczną dzieciaki grały w Osadników z Katanu, chyba Junior, a rodzice, jak nie przygotowywali czegoś, lub nie spotykali ze znajomymi i rodziną, oglądali filmy. Polecam najnowszy film Mela Gibsona „Przełęcz ocalonych”.

Alleluja!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Co robię kiedy nie

piszę? Ostatnimi czasy walczę z podagrycznikiem i górami w naszym ogródku. Chłopcy pomagają mi przekopać, a ja wybieram kłącza, żeby się pozbyć tej rośliny. A jest ona WSZĘDZIE. Miewam kryzysy, kiedy brak mi sił i widzę, jak powoli to idzie. Ale małymi metrami granica przekopanego kawałka przesuwa się w stronę płota. W międzyczasie mieliśmy gości.  I teraz w naszym ogródku rosną już dwie pienne porzeczki, jeden agrest, trzy boróweczki, a do tego trzy clematisy, dwa bukszpany, dwa miliny, dwie jeżyny i siedem tuj, poza ogromnym orzechem, małą wisienką, pigwą i forsycją oczywiście. Odkrywam jaką radość sprawia grzebanie w ziemi.

Józio i Ksawery dzielnie mi towarzyszą. Ostatnio mają fazę na robaczki. I są przeszczęśliwi znajdując kolejne dżdżownice w przekopanej ziemi. Same dżdżownice może trochę mniej, ale jakoś muszą przetrwać tą fascynację. Już nawet słoik z dżdżownicami wylądował w dziecinnej sypialni. Na szczęścia szybko ją opuścił.

Zakopana w tym ogródku, jakoś w ogóle nie mam czasu nawet pomyśleć o Świętach i porządkach. Bo poza tym, że powoli niektóre rzeczy się porządkują, chociażby z tego powodu, że Tata N. położył do końca panele w naszej sypialni i szafki w miejscu docelowym stoją i drzwiczki przykręcone mają i parapet zamiast na podłodze, jest już przytwierdzony przy oknie. To jakoś trudno mi myśleć o oknach na przykład, chociaż przydałoby się. Ten dom i ogródek pochłonęły mnie całkowicie. Plus dzieci, które przecież ciągle fundują mi jakieś atrakcje, a to jutro robimy palmę, potrzebuję materiałów, a to jadę na wycieczkę daj stówę, a to nocuję w szkole, kup przekąski, zrób kanapki i spakuj. Kołowrotek.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dzień Kobiet, Dzień Józeczka!

Za nami. Prawie. Jeszcze Stanisław biega po korytarzu i wymachuje mieczem świetlnym z dwoma czerwonymi ostrzami. I Ksawery nie może zasnąć. No to śpiewam im te kołysanki. I tak jakoś zeszło na kanony Taize zapamiętane z rekolekcji, spokojne, wyciszające. A Ksawery prosi :”Mamo śpiewaj kołysanki dla dzieci”. No to lecę z moim standardowym zestawem. Po dwóch prześpiewaniach „W górze tyle gwiazd” zaczęłam mruczando. „Mamo śpiewaj tak IDEALNIE”. A ulubioną kołysanką Ksawerego jest ta o zepsutej ciuchci- czyli „Lokomotywa”. Dlaczego o zepsutej? Nie mam pojęcia.

Urodzinki możemy uznać za udane. Cały dzień czekaliśmy z Józiem na paczkę, paczuchę. Oglądaliśmy w internecie, gdzie jest paczka- prezent niespodzianka.

W międzyczasie Józio otworzył trzy jajka niespodzianki. Jedno po śniadaniu, jedno od Taty, i jeszcze jedno po obiedzie. Jak już nasi szkolnicy wrócili ze szkoły i zjedli obiad, poszliśmy do sali zabaw. Do której mamy mniej niż 10 min na piechotę. Cudownie jest mieć tak wszędzie blisko. Cztery Cesarzyki szalały przez godzinkę, a ja odebrałam smsa, że nasza paczucha już jest. No to wyprawa ruszyła ją odebrać. Paczkomat znajduje się na  końcu naszej ulicy, na tym dalszym końcu, ale nadal raczej blisko, zwłaszcza jak się idzie po wyczekiwaną paczkę. Józio nie chciał zaglądać od razu. otworzył dopiero w domu. Całą drogę Jeremi i Cecylia dopytywali się co tam jest.

W domu otworzyli i się zaczęło. Domek lego. Z telewizorem, z kuchnią z muffinkami, z łazienką umywalką, łóżkiem. Nawet z basenem i budą dla psa Husky. Józio obiecał Jeremiemu i Cecylii, że zawsze będą mogli się z nim bawić jego domkiem. Józio był szczęśliwy. Potem jeszcze było zdmuchiwanie świeczek, sto lat i tort. I jeszcze przyszła Kasia z Pawłem i przynieśli Józiowi miecz świetlny.

A teraz Józio śpi w kolebusi, w kolebusi…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Deszczowy i przygnębiający poniedziałek

już prawie za mną. Ja mam jakiegoś pecha, że zawsze jak mam hormonalny zjazd to jeszcze czytam jakąś smutnawą książkę, pada deszcz, psuje mi się coś w domu( na przykład pralka) albo wszystkie te trzy rzeczy na raz. Aha i zapomniałam o przypalonym obiedzie… Czyli cztery.

Czytałam dziś historię trzech nastolatek „Trzy wierzby. Opowieść o przyjaźni”. Książka mnie nawet wciągnęła. I kolejne bohaterki doświadczały poważnych życiowych rozczarowań, a nawet dramatów, jak rozpad małżeństwa rodziców po śmierci drugiego dziecka. Już pociągałam nosem. Potem nastawiona pralka przestała działać, więc stwierdziłam, że takie podmoczone pranie upiorę w wannie. Prać to jeszcze można ręcznie, ale wyżymać? To coś strasznego! Zaraz rozbolały mnie nadgarstki. Sytuację pogorszył jeszcze swąd palącego się schabu w sosie, z którego cały sos odparował, podczas gdy ja męczyłam się z praniem.

Na szczęście dzieci, K. i J2 zachowywali się wzorowo. Najpierw układali puzzle, a potem budowali pojazdy i zoo z lego Duplo, którym nie bawili się już dobre dwa miesiące.

Wracając ze szkoły z Jeremim kupiłam trzy pizze do podpieczenia, a do tego odgrzałam dwa wczorajsze schabowe i ziemniaki, których Tata N. tradycyjnie obrał na dwa dni. Sytuacja obiadowa została uratowana.

Gałązki forsycji, które wsadziłam do wazonu po podcięciu krzaka mają coraz więcej żółtych kwiatów. Powietrze jest też takie wiosenne.

Robiąc takie małe podsumowanie wszystkich rzeczy, które zepsuły nam się w ostatnim czasie, lista jest naprawdę imponująca. Zaczęło się od zmywarki, kupiliśmy używaną za 200 – myje lepiej  niż nasza stara, która była od swej następczyni o dwa lata młodsza. Obecnie nasz wieloryb przebywa już drugi tydzień u mechanika. Aż boję się pomyśleć, ile zapłacimy za naprawę. W trakcie permanentnej naprawy był zielony Lanosik, który ma dużo rzeczy do wymiany, ale w którym zepsuty parownik uniemożliwiał bezpieczną jazdę. Tata N. ściągnął zestaw naprawczy z Internetu i naprawił, siedząc przez kilka wieczorów na zmianę w garażu lub w internecie na tutorialach. W piątek wieczorem sprzątając w ogródku zauważyłam, że ze studzienki kanalizacyjnej wybija woda,a  raczej ciecz.

W sobotę rano Tata N. wziął długiego druta i przepchał. Dziś już kupił profesjonalną sprężynę na tego typu okoliczności. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale było to poruszające zdarzenie.

No i teraz ta pralka. Stoi rozbebeszona przez Tatę N. i czeka na łożysko. Choć ruszyć z miejsca nie chciała pewnie z powodu skarpetki Jeremiego, która wśliznęła się nie tam gdzie trzeba i zablokowała maszynę.  Nasz Lavamat służy nam dzielnie 7 lat. Pan naprawiacz pralek wieszczył jej koniec już dwa lata temu. Ale jeszcze dawała radę jedno pranie dziennie obsłużyć. Zobaczymy co dalej nas czeka tej wiosny…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Połowę mojej kuchni zajmuje

statek kosmiczny, który leci do Star Wars. Chłopcy biegają po pokładzie zbudowanym z jednego stołka i sześciu krzeseł. Ksawery założył hełm i zamienił się w strażaka.

Przed chwilą padał śnieg, ale już się roztopił. I dobrze, bo Józio na jego widok się zmartwił, że będzie jeszcze długo musiał czekać na swoje urodziny.

Z tłustego czwartku zostały tylko dwa pączki. U nas bardziej tłusta była w zasadzie środa. O siedemnastej przygotowałam ciasto. CHwilę musiało poczekać. Wszyscy po kolei okładali je wałkiem, żeby wtłoczyć jak najwięcej pęcherzyków powietrza. Później była kooperacja, Antek wałkował, ja kroiłam, Stasiu wywijał, ja smażyłam. CIasto na faworki zrobiłam z kilograma mąki- podwójna porcja. Wcinali na bieżąco, ale po kolacji były jeszcze trzy duże talerze. W czwartek rano na jednym talerzu zostały trzy faworki, z którymi Józek i Ksawery rozprawili się nawet nie wiem kiedy. Ambitnie chciałam zrobić jeszcze pączki albo przynajmniej donaty, ale w końcu kupiłam karton biedronkowych po 40 groszy. Z 24 zostały jeszcze 2 na dzisiaj.

I obejrzałam wczoraj „Pasażerów”. Bardzo mi się podobało. Może przewidywalne trochę, ale przyjemnie było popatrzeć na Jennifer Lawrence i Chrisa Pratta. Dla mnie to bardziej film o związku niż science fiction, bo tu byłoby się do czego przyczepić.

Dzieci właśnie oderwały nóżki od krzesełka mamut i używają ich jako tuby i śpiewają mi wymyślone piosenki, o treści : „Moja słonica jest fajna”- to o zabawce z McDonalda- postać Meeny z „Sing”.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

poleciałam z rana po

masło w promocyjnej cenie 2,99 do naszego Netto. Niestety. Został tylko kartonik po masłach. Więc kupiłam przecenionego kurczaka farmio i pierś z kurczaka. I tonę teraz mięsie w ekologicznym z kurczaka oraz w promocyjnej kompletnie nie ekologicznej karkówce. Ale  przy naszym zużyciu to kwestia tygodnia. A pożywny rozgrzewający rosołek zasmarkanemu towarzystwu na pewno dobrze zrobi.

Z historii zakupowych: wypróbowałam Lirene fluid rozświetlający. Dobra rada: jak wam kiedyś przyjdzie na myśl w markecie w alejce z kosmetykami : „Po co wywalać tyle pieniędzy na fluid, może ten promocyjny podkład za 12pln z Lirene też da radę i mnie pozytywnie zaskoczy,a w dodatku ładnie pachnie” odrzućcie tę myśl. W przeciwnym razie będziecie wyglądać jak marchewka.  W kolejce czeka jeszcze BB z Garniera, kiedyś miałam i byłam zadowolona.

Co jeszcze? Jestem po pierwszym wieczorze Przeglądu Kina Polskiego. Chyba najlepszym. Było „Szczęście świata”-nie polecam, dla mnie jednak trochę zbyt wydumany, z moralnie negatywną postacią Róży, a pokazaną jako ta dobra i otwarta na ludzi. No nie. Pełne uroku zdjęcia Koszałki usypiają naszą czujność, ale po namyśle zdecydowanie nie. Za to „Ostatnia rodzina” to dla mnie film totalny. Bardzo poruszający i zaskakująco uniwersalny. Taki dla mojego pokolenia, rocznik 80, bardzo osobisty. Na półce w mieszkaniu bohatera przedmioty, które pamiętam z własnego domu, a więc sentymentalnie. Ściany pełne kaset, płyt- u mnie też kasety wideo nie mieściły się na półce. I rozmowa z matką. Chyba najważniejsza dla mnie. I pytanie o sens życia. I czy można go znaleźć w kulturze. I po co ona nam w ogóle potrzebna. I o oczekiwaniach do życia, żeby było takie jak w książce, w filmie. I jeszcze śmierć taka naturalna i normalna. Poruszająca, ale nie zaskakująca, spodziewana.

Już wiem. Wyglądam jak Nel z  pierwszego  „W pustyni i w puszczy” kiedy miała febrę. Masakra.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

no to mnie

siekło!

Zatoki na całej linii. Najgorsze, że zaczęłam antybiotyk, a nie jest lepiej tylko gorzej.  Do bólu głowy, twarzy, nosa, doszedł mi ból w krzyżu i mięśni nóg. Masakra jakaś…

Do tego Józek i Ksawerek kaszle, obiad  dzieciom trzeba dać, do szkoły wyprawić i weź tu choruj…Właśnie zobaczyłam że wczoraj wstawione pranie kiśnie w pralce nie wywieszone….ale co ja właściwie robię w tym domu całymi dniami….

Na Tatę N. spadły zakupy, odbieranie dzieci, ba…nawet odpytywanie wiersza. A jeszcze ambitnie wziął się za naprawianie zmywarki. Bo kupiliśmy używaną za 200 złotych, o dwa lata starszą od naszej zepsutej, trochę inny model, ale zepsutą uszczelkę dało się przełożyć z naszej starej, żeby nie ciekła. Cóż za radość otworzyć zmywarkę i wyjąć z niej czyste naczynia. Człowiek czasem nie zdaje sobie sprawy jakie ma szczęście :)

Poza jednym dzieckiem, to wszystkie trzeba pilnować i poganiać ze sprawami szkolnymi. Oni wszystko wiedzą i umieją, no tylko na przykład Antoni stwierdził, że nicienie są obojnakami, a nie są( wiem bo trzymałam w ręku podręcznik) i tak musiałam go pytać z robactwa wczoraj, że zapomniałam o praniu. Zazwyczaj wstawiam pralkę rano, ale wczoraj się fatalnie czułam i przyszedł hydraulik.

No a tak a propos hydraulika dostaliśmy drugi rachunek za gaz- 1200…..Hydraulik mnie pocieszał, że on za ekogroszek zapłacił 1600 i że to nie jest jakoś dużo…Aby do wiosny…Zrobi się ciepło, ruszymy z porządkowaniem ogródka. Już się nie mogę doczekać.

A w ogóle to dobrze po dwóch tygodniach ferii wrócić do swojego domu. U dziadków było super. Nabraliśmy sił na nowy, dłuuugi semestr. I byliśmy w kosmosie- na wystawie „Gateway to space”, młodsze dzieci widziały ‚Piotrusia Pana” w Teatrze Buffo, Antek z Bernardem „Dziwny przypadek psa nocną porą”.  A potem jeszcze A.,B. i C. byli ze mną na koncercie w Muzeum Fryderyka Chopina. Odwiedziliśmy całą naszą Rodzinę Wołomińską, z niektórymi spotkaliśmy się u Babci Wandzi, poznaliśmy najmłodszego dzidziusia w naszej rodzinie- przesłodką Lidzię. Program był mocno wypełniony. Ja szalałam na wyprzedażach w wołomińskim Centrum Handlowym. W weekend Jeremi ze Staśkiem mieli jeszcze wycieczkę do Poznania ze Starą C. Działo się.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Nie piszesz sobie planów

na Nowy Rok?- zdziwiła się moja Mama, rozmawiając ze mną przez telefon.

Nie żeby tak na Nowy Rok, ale planów to ja trochę mam. Takie  mam raczej rodzące się na bieżąco. Na przykład podczas lektury książki „Dzikie stwory. Sztuka wychowywania chłopców”, że zadzwonię do Pana Ci. i zapytam, co planuje zorganizować w tym roku i że moi chłopcy na pewno wezmą udział, nie tylko w dwutygodniowym biwaku w górach, ale we wszystkich męskich wyprawach i działaniach. I że pójdę z nimi do kina. Dziś właściwie idziemy na Gwiezdne Wojny. I że będę codziennie chodziła na spacery z maluchami J. i K., bo każdy chłopiec potrzebuje codziennie szaleć na dworze, niezależnie od wieku, ale zakładam, że Jeremi ma dawkę szaleństwa w szkole na gimnastykach, Staś na basenach. Bernard sam sobie organizuje siłkę domową. Antka może jeszcze zachęcę do zapasów szkolnych.

I angielski. Sama podszlifuję ….jak to ładnie brzmi,  a naprawdę chodzi o codzienną naukę, do której coś nie mogę się zmobilizować, żeby zdać jakiś egzamin.

No i najważniejszy plan. Przeżyć Pierwszą Komunię Cecylii. Składa się on z planów szczegółowych związanych z wykończeniem domu do stanu, w którym moglibyśmy podjąć gości. Uporządkowaniem ogrodu. Zbudowaniem wyjścia na ogród za domem, aktualnie jak otwieram drzwi to jest metr w dół do ziemi. Ogarnięciem kucharki/cateringu, naczyń, krzeseł, stołu, ciuchów dla całej rodziny, noclegów dla gości. Zorganizowaniem Cecylce pokomunijnego wyjazdu do jej świętej patronki.

Zaczęłam czytać „Siedem nawyków skutecznego działania”. Może jeszcze pozmieniam moje plany :)

I dobry film wczoraj widziałam. Księgowy. Polecam.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Świąteczne lenistwo

zaczęło się dopiero dzisiaj…

Nigdzie się nie spieszymy, nie musimy sprzątać, gotować. Cudowny stan po prostu.

Poza Tatą N. który raniutko już pobiegł do pracy oczywiście.

Na obiad dziś były żurek wigilijny, kurczaki z pierwszego dnia świąt, zrazy z drugiego, w zależności od preferencji. Jeszcze nie odpaliłam pierogów wigilijnych. Poczekają na kolację chyba.

Wigilia u Cioci Gosi. Miło i rodzinnie, a potem pierwszy dzień świąt, sąsiedzkie wizyty. Wczoraj wreszcie kolędowanie. Dojrzewam do książki :)

Hitem był tort bożonarodzeniowy. Zniknął po śniadaniu pierwszego dnia. Moja orzechowa wersja torcika Daim. U mnie zamiast mielonych migdałów orzechy, zamiast batoników daim werthersy, a na wierzch pokrojony snikers. No i oczywiście podwójna wielkość.

No i mamy ogromną choinkę. Największą ze wszystkich, jakie mieliśmy. Stoi w naszej kuchni.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj