Dzień Kobiet, Dzień Józeczka!

Za nami. Prawie. Jeszcze Stanisław biega po korytarzu i wymachuje mieczem świetlnym z dwoma czerwonymi ostrzami. I Ksawery nie może zasnąć. No to śpiewam im te kołysanki. I tak jakoś zeszło na kanony Taize zapamiętane z rekolekcji, spokojne, wyciszające. A Ksawery prosi :”Mamo śpiewaj kołysanki dla dzieci”. No to lecę z moim standardowym zestawem. Po dwóch prześpiewaniach „W górze tyle gwiazd” zaczęłam mruczando. „Mamo śpiewaj tak IDEALNIE”. A ulubioną kołysanką Ksawerego jest ta o zepsutej ciuchci- czyli „Lokomotywa”. Dlaczego o zepsutej? Nie mam pojęcia.

Urodzinki możemy uznać za udane. Cały dzień czekaliśmy z Józiem na paczkę, paczuchę. Oglądaliśmy w internecie, gdzie jest paczka- prezent niespodzianka.

W międzyczasie Józio otworzył trzy jajka niespodzianki. Jedno po śniadaniu, jedno od Taty, i jeszcze jedno po obiedzie. Jak już nasi szkolnicy wrócili ze szkoły i zjedli obiad, poszliśmy do sali zabaw. Do której mamy mniej niż 10 min na piechotę. Cudownie jest mieć tak wszędzie blisko. Cztery Cesarzyki szalały przez godzinkę, a ja odebrałam smsa, że nasza paczucha już jest. No to wyprawa ruszyła ją odebrać. Paczkomat znajduje się na  końcu naszej ulicy, na tym dalszym końcu, ale nadal raczej blisko, zwłaszcza jak się idzie po wyczekiwaną paczkę. Józio nie chciał zaglądać od razu. otworzył dopiero w domu. Całą drogę Jeremi i Cecylia dopytywali się co tam jest.

W domu otworzyli i się zaczęło. Domek lego. Z telewizorem, z kuchnią z muffinkami, z łazienką umywalką, łóżkiem. Nawet z basenem i budą dla psa Husky. Józio obiecał Jeremiemu i Cecylii, że zawsze będą mogli się z nim bawić jego domkiem. Józio był szczęśliwy. Potem jeszcze było zdmuchiwanie świeczek, sto lat i tort. I jeszcze przyszła Kasia z Pawłem i przynieśli Józiowi miecz świetlny.

A teraz Józio śpi w kolebusi, w kolebusi…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Deszczowy i przygnębiający poniedziałek

już prawie za mną. Ja mam jakiegoś pecha, że zawsze jak mam hormonalny zjazd to jeszcze czytam jakąś smutnawą książkę, pada deszcz, psuje mi się coś w domu( na przykład pralka) albo wszystkie te trzy rzeczy na raz. Aha i zapomniałam o przypalonym obiedzie… Czyli cztery.

Czytałam dziś historię trzech nastolatek „Trzy wierzby. Opowieść o przyjaźni”. Książka mnie nawet wciągnęła. I kolejne bohaterki doświadczały poważnych życiowych rozczarowań, a nawet dramatów, jak rozpad małżeństwa rodziców po śmierci drugiego dziecka. Już pociągałam nosem. Potem nastawiona pralka przestała działać, więc stwierdziłam, że takie podmoczone pranie upiorę w wannie. Prać to jeszcze można ręcznie, ale wyżymać? To coś strasznego! Zaraz rozbolały mnie nadgarstki. Sytuację pogorszył jeszcze swąd palącego się schabu w sosie, z którego cały sos odparował, podczas gdy ja męczyłam się z praniem.

Na szczęście dzieci, K. i J2 zachowywali się wzorowo. Najpierw układali puzzle, a potem budowali pojazdy i zoo z lego Duplo, którym nie bawili się już dobre dwa miesiące.

Wracając ze szkoły z Jeremim kupiłam trzy pizze do podpieczenia, a do tego odgrzałam dwa wczorajsze schabowe i ziemniaki, których Tata N. tradycyjnie obrał na dwa dni. Sytuacja obiadowa została uratowana.

Gałązki forsycji, które wsadziłam do wazonu po podcięciu krzaka mają coraz więcej żółtych kwiatów. Powietrze jest też takie wiosenne.

Robiąc takie małe podsumowanie wszystkich rzeczy, które zepsuły nam się w ostatnim czasie, lista jest naprawdę imponująca. Zaczęło się od zmywarki, kupiliśmy używaną za 200 – myje lepiej  niż nasza stara, która była od swej następczyni o dwa lata młodsza. Obecnie nasz wieloryb przebywa już drugi tydzień u mechanika. Aż boję się pomyśleć, ile zapłacimy za naprawę. W trakcie permanentnej naprawy był zielony Lanosik, który ma dużo rzeczy do wymiany, ale w którym zepsuty parownik uniemożliwiał bezpieczną jazdę. Tata N. ściągnął zestaw naprawczy z Internetu i naprawił, siedząc przez kilka wieczorów na zmianę w garażu lub w internecie na tutorialach. W piątek wieczorem sprzątając w ogródku zauważyłam, że ze studzienki kanalizacyjnej wybija woda,a  raczej ciecz.

W sobotę rano Tata N. wziął długiego druta i przepchał. Dziś już kupił profesjonalną sprężynę na tego typu okoliczności. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale było to poruszające zdarzenie.

No i teraz ta pralka. Stoi rozbebeszona przez Tatę N. i czeka na łożysko. Choć ruszyć z miejsca nie chciała pewnie z powodu skarpetki Jeremiego, która wśliznęła się nie tam gdzie trzeba i zablokowała maszynę.  Nasz Lavamat służy nam dzielnie 7 lat. Pan naprawiacz pralek wieszczył jej koniec już dwa lata temu. Ale jeszcze dawała radę jedno pranie dziennie obsłużyć. Zobaczymy co dalej nas czeka tej wiosny…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Połowę mojej kuchni zajmuje

statek kosmiczny, który leci do Star Wars. Chłopcy biegają po pokładzie zbudowanym z jednego stołka i sześciu krzeseł. Ksawery założył hełm i zamienił się w strażaka.

Przed chwilą padał śnieg, ale już się roztopił. I dobrze, bo Józio na jego widok się zmartwił, że będzie jeszcze długo musiał czekać na swoje urodziny.

Z tłustego czwartku zostały tylko dwa pączki. U nas bardziej tłusta była w zasadzie środa. O siedemnastej przygotowałam ciasto. CHwilę musiało poczekać. Wszyscy po kolei okładali je wałkiem, żeby wtłoczyć jak najwięcej pęcherzyków powietrza. Później była kooperacja, Antek wałkował, ja kroiłam, Stasiu wywijał, ja smażyłam. CIasto na faworki zrobiłam z kilograma mąki- podwójna porcja. Wcinali na bieżąco, ale po kolacji były jeszcze trzy duże talerze. W czwartek rano na jednym talerzu zostały trzy faworki, z którymi Józek i Ksawery rozprawili się nawet nie wiem kiedy. Ambitnie chciałam zrobić jeszcze pączki albo przynajmniej donaty, ale w końcu kupiłam karton biedronkowych po 40 groszy. Z 24 zostały jeszcze 2 na dzisiaj.

I obejrzałam wczoraj „Pasażerów”. Bardzo mi się podobało. Może przewidywalne trochę, ale przyjemnie było popatrzeć na Jennifer Lawrence i Chrisa Pratta. Dla mnie to bardziej film o związku niż science fiction, bo tu byłoby się do czego przyczepić.

Dzieci właśnie oderwały nóżki od krzesełka mamut i używają ich jako tuby i śpiewają mi wymyślone piosenki, o treści : „Moja słonica jest fajna”- to o zabawce z McDonalda- postać Meeny z „Sing”.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

poleciałam z rana po

masło w promocyjnej cenie 2,99 do naszego Netto. Niestety. Został tylko kartonik po masłach. Więc kupiłam przecenionego kurczaka farmio i pierś z kurczaka. I tonę teraz mięsie w ekologicznym z kurczaka oraz w promocyjnej kompletnie nie ekologicznej karkówce. Ale  przy naszym zużyciu to kwestia tygodnia. A pożywny rozgrzewający rosołek zasmarkanemu towarzystwu na pewno dobrze zrobi.

Z historii zakupowych: wypróbowałam Lirene fluid rozświetlający. Dobra rada: jak wam kiedyś przyjdzie na myśl w markecie w alejce z kosmetykami : „Po co wywalać tyle pieniędzy na fluid, może ten promocyjny podkład za 12pln z Lirene też da radę i mnie pozytywnie zaskoczy,a w dodatku ładnie pachnie” odrzućcie tę myśl. W przeciwnym razie będziecie wyglądać jak marchewka.  W kolejce czeka jeszcze BB z Garniera, kiedyś miałam i byłam zadowolona.

Co jeszcze? Jestem po pierwszym wieczorze Przeglądu Kina Polskiego. Chyba najlepszym. Było „Szczęście świata”-nie polecam, dla mnie jednak trochę zbyt wydumany, z moralnie negatywną postacią Róży, a pokazaną jako ta dobra i otwarta na ludzi. No nie. Pełne uroku zdjęcia Koszałki usypiają naszą czujność, ale po namyśle zdecydowanie nie. Za to „Ostatnia rodzina” to dla mnie film totalny. Bardzo poruszający i zaskakująco uniwersalny. Taki dla mojego pokolenia, rocznik 80, bardzo osobisty. Na półce w mieszkaniu bohatera przedmioty, które pamiętam z własnego domu, a więc sentymentalnie. Ściany pełne kaset, płyt- u mnie też kasety wideo nie mieściły się na półce. I rozmowa z matką. Chyba najważniejsza dla mnie. I pytanie o sens życia. I czy można go znaleźć w kulturze. I po co ona nam w ogóle potrzebna. I o oczekiwaniach do życia, żeby było takie jak w książce, w filmie. I jeszcze śmierć taka naturalna i normalna. Poruszająca, ale nie zaskakująca, spodziewana.

Już wiem. Wyglądam jak Nel z  pierwszego  „W pustyni i w puszczy” kiedy miała febrę. Masakra.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

no to mnie

siekło!

Zatoki na całej linii. Najgorsze, że zaczęłam antybiotyk, a nie jest lepiej tylko gorzej.  Do bólu głowy, twarzy, nosa, doszedł mi ból w krzyżu i mięśni nóg. Masakra jakaś…

Do tego Józek i Ksawerek kaszle, obiad  dzieciom trzeba dać, do szkoły wyprawić i weź tu choruj…Właśnie zobaczyłam że wczoraj wstawione pranie kiśnie w pralce nie wywieszone….ale co ja właściwie robię w tym domu całymi dniami….

Na Tatę N. spadły zakupy, odbieranie dzieci, ba…nawet odpytywanie wiersza. A jeszcze ambitnie wziął się za naprawianie zmywarki. Bo kupiliśmy używaną za 200 złotych, o dwa lata starszą od naszej zepsutej, trochę inny model, ale zepsutą uszczelkę dało się przełożyć z naszej starej, żeby nie ciekła. Cóż za radość otworzyć zmywarkę i wyjąć z niej czyste naczynia. Człowiek czasem nie zdaje sobie sprawy jakie ma szczęście :)

Poza jednym dzieckiem, to wszystkie trzeba pilnować i poganiać ze sprawami szkolnymi. Oni wszystko wiedzą i umieją, no tylko na przykład Antoni stwierdził, że nicienie są obojnakami, a nie są( wiem bo trzymałam w ręku podręcznik) i tak musiałam go pytać z robactwa wczoraj, że zapomniałam o praniu. Zazwyczaj wstawiam pralkę rano, ale wczoraj się fatalnie czułam i przyszedł hydraulik.

No a tak a propos hydraulika dostaliśmy drugi rachunek za gaz- 1200…..Hydraulik mnie pocieszał, że on za ekogroszek zapłacił 1600 i że to nie jest jakoś dużo…Aby do wiosny…Zrobi się ciepło, ruszymy z porządkowaniem ogródka. Już się nie mogę doczekać.

A w ogóle to dobrze po dwóch tygodniach ferii wrócić do swojego domu. U dziadków było super. Nabraliśmy sił na nowy, dłuuugi semestr. I byliśmy w kosmosie- na wystawie „Gateway to space”, młodsze dzieci widziały ‚Piotrusia Pana” w Teatrze Buffo, Antek z Bernardem „Dziwny przypadek psa nocną porą”.  A potem jeszcze A.,B. i C. byli ze mną na koncercie w Muzeum Fryderyka Chopina. Odwiedziliśmy całą naszą Rodzinę Wołomińską, z niektórymi spotkaliśmy się u Babci Wandzi, poznaliśmy najmłodszego dzidziusia w naszej rodzinie- przesłodką Lidzię. Program był mocno wypełniony. Ja szalałam na wyprzedażach w wołomińskim Centrum Handlowym. W weekend Jeremi ze Staśkiem mieli jeszcze wycieczkę do Poznania ze Starą C. Działo się.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Nie piszesz sobie planów

na Nowy Rok?- zdziwiła się moja Mama, rozmawiając ze mną przez telefon.

Nie żeby tak na Nowy Rok, ale planów to ja trochę mam. Takie  mam raczej rodzące się na bieżąco. Na przykład podczas lektury książki „Dzikie stwory. Sztuka wychowywania chłopców”, że zadzwonię do Pana Ci. i zapytam, co planuje zorganizować w tym roku i że moi chłopcy na pewno wezmą udział, nie tylko w dwutygodniowym biwaku w górach, ale we wszystkich męskich wyprawach i działaniach. I że pójdę z nimi do kina. Dziś właściwie idziemy na Gwiezdne Wojny. I że będę codziennie chodziła na spacery z maluchami J. i K., bo każdy chłopiec potrzebuje codziennie szaleć na dworze, niezależnie od wieku, ale zakładam, że Jeremi ma dawkę szaleństwa w szkole na gimnastykach, Staś na basenach. Bernard sam sobie organizuje siłkę domową. Antka może jeszcze zachęcę do zapasów szkolnych.

I angielski. Sama podszlifuję ….jak to ładnie brzmi,  a naprawdę chodzi o codzienną naukę, do której coś nie mogę się zmobilizować, żeby zdać jakiś egzamin.

No i najważniejszy plan. Przeżyć Pierwszą Komunię Cecylii. Składa się on z planów szczegółowych związanych z wykończeniem domu do stanu, w którym moglibyśmy podjąć gości. Uporządkowaniem ogrodu. Zbudowaniem wyjścia na ogród za domem, aktualnie jak otwieram drzwi to jest metr w dół do ziemi. Ogarnięciem kucharki/cateringu, naczyń, krzeseł, stołu, ciuchów dla całej rodziny, noclegów dla gości. Zorganizowaniem Cecylce pokomunijnego wyjazdu do jej świętej patronki.

Zaczęłam czytać „Siedem nawyków skutecznego działania”. Może jeszcze pozmieniam moje plany :)

I dobry film wczoraj widziałam. Księgowy. Polecam.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Świąteczne lenistwo

zaczęło się dopiero dzisiaj…

Nigdzie się nie spieszymy, nie musimy sprzątać, gotować. Cudowny stan po prostu.

Poza Tatą N. który raniutko już pobiegł do pracy oczywiście.

Na obiad dziś były żurek wigilijny, kurczaki z pierwszego dnia świąt, zrazy z drugiego, w zależności od preferencji. Jeszcze nie odpaliłam pierogów wigilijnych. Poczekają na kolację chyba.

Wigilia u Cioci Gosi. Miło i rodzinnie, a potem pierwszy dzień świąt, sąsiedzkie wizyty. Wczoraj wreszcie kolędowanie. Dojrzewam do książki :)

Hitem był tort bożonarodzeniowy. Zniknął po śniadaniu pierwszego dnia. Moja orzechowa wersja torcika Daim. U mnie zamiast mielonych migdałów orzechy, zamiast batoników daim werthersy, a na wierzch pokrojony snikers. No i oczywiście podwójna wielkość.

No i mamy ogromną choinkę. Największą ze wszystkich, jakie mieliśmy. Stoi w naszej kuchni.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Obiecany cdn

po niedzieli pod hasłem „poświęcenie świec i różańców”, a potem „kiedy dekorujemy pierniki?”. Cukier puder mi się skończył, więc jeszcze jedna partia została na jutro, ale ogólnie było dużo radości, wszystkie cesarzyki poza Ksawerkiem się włączyły. Ksawerek skupił się na wyjadaniu co smaczniejszych posypek, z czym w ogóle się nie krył, więc został oddelegowany na górę do Taty N. na Psi Patrol. Pomimo bolącego kręgosłupa udało się mi ten temat ogarnąć, od strony techniczno- organizacyjnej i …nadzorczej. Nie tylko Ksawerek nie mógł oprzeć się pokusie….

Wracając do cdn.

Przyszła ekipa wycinać okno, a zaczęli od wstawienia trzech nadproży. Z deskami walczył Siergiej. Dobre dwa, jak nie trzy dni. Potem zaczął kuć. Okazało się, że konieczny jest młot pneumatyczny, którym mój szanowny Małżonek dokończył dzieła. Dodatkowo rozwalił walające się z tyłu domu kawałki ścian z rozbiórki części starego budynku.

Potem została ogromna praca wyniesienia zwalonych cegieł z piwnicy. Zorganizowania drabiny(zbił ją Tata N) sznurów i wiader, pomocników, gruzownika. Wyniesienia dwóch żeliwnych pieców z piwnicy i dwóch dwuteowników.

Jeden pan zabrał nam gruz- pięć metrów sześciennych z górką. Drugi samochód zabrał piece na złom plus całe żelastwo walające się po budowie i po działce, wszelkie druty  kolczaste itp.

Tata N. przywiózł palety do zaszalowania stropu. Ja z Dziadkiem Irkiem byłam w tartaku, chyba pierwszy raz w życiu, gdzie zakupiliśmy deski na uzupełnienie braków w podłodze w  drewnianej części domu. Do tej pory leżały tam stare drzwi. Trochę gubię się w chronologii. Ale przywieźliśmy też schody, które w końcu stolarz przerobił na barierkę konieczną przy przepaści, czyli schodach.

W wynoszeniu gruzu Tacie N. pomagali Siergiej, Bolek, Marcin z Tymkiem, Zbyszek, nasze chłopaki. Potem ekipa pana Grzegorza zaszalowała strop, wywiązała zbrojenie. Przez naszą wąziutką, niespełna trzymetrową bramę wjechała betoniara i  wlali parę metrów betonu. Nie pamiętam ile- kosztowało ponad osiemset pln.

Co było dalej? Panowie wstawili nam okno w wyciętą przez Grzegorza dziurę. Hydraulicy uzbroili kotłownię, ja szlifowałam gładzie i malowałam pokoje na górze.

Gdzieś tam wcześniej jeszcze wystąpiłam o jakieś tam warunki do gazowni. Po dwóch tygodniach odpisali,więc mogłam z tym iść do projektanta instalacji gazowej i starać się o pozwolenie na budowę przyłącza. Gdzieś tam jeszcze po drodze kominiarz był potrzebny- dwa razy, raz za 150 raz za 100. Jak już miałam projekt i pozwolenie, musiałam jeszcze znaleźć wykonawcę instalacji. Zegar tykał, bo zbliżaliśmy się do daty 30 września, kiedy to mieliśmy wyprowadzić się z mieszkania. Wreszcie panowie wykonali instalację gazową i z ich kwitami na dzień przed wyprowadzką jechaliśmy do Grudziądza podpisać umowę z gazownią, żeby przyszli, żeby podłączyli gaz. Powiedzieli że przyjdą w poniedziałek, czyli już  w październiku. Przyszli i stwierdzili, że przyłącze jest źle wykonane i należy je poprawić( przy naszym domu są dwa przyłącza gazowe- stare, jeszcze działające i nowe, w którym jeszcze nie ma gazu, nasi fachowcy podłączyli się do nowego). No więc po poprawkach gazownia przyjechała ponownie w środę. My już od piątku mieszkaliśmy kątem u Cioci Marty i Wujka Darka, więc napięcie rosło.

A jak z przeprowadzką. Pomogło nam bardzo dużo osób. Najwięcej Gosia w spakowaniu kuchni i innych rzeczy i inne osoby z naszej wspólnoty. Ciocia Gosia udostępniła nam swój samochód ciężarowy, i Dziadek Irek z Siergiejem wzięli główny ciężar przeprowadzki na siebie. Do tego jeszcze Hania z Ireną nas karmiły. To też było nie lada wyzwanie, a dla nas duża pomoc. I coś co wydawało mi się niewykonalne,  stało się prawdą. W piątek 30 września nasze mieszkanko było puste, posprzątane, zostało tylko trochę rzeczy i rowery w piwnicy. A nasz dobytek w worach, pudłach rozstawiony w naszym domu, który jeszcze domu nie przypominał.

Jak już mieliśmy gaz, od środy, ruszyło ogrzewanie i ciepła woda. Tata N. odebrał zamówiony blat, kupiliśmy zlew, płytę gazową przyniósł wcześniej kurier, musiała być podłączona do próby szczelności i leżała na podłodze. Kiedy wreszcie Tata N. wyciął dziury w blacie, zamontował w kuchni zlew i płytę gazową, skręcił łóżka piętrowe…po tygodniu goszczenia w Rakowcu wprowadziliśmy się do naszego nowego domu. Mieliśmy podłączony jeden kibelek, umywalkę i wannę. Drzwi do dwóch łazienek wstawił  Dziadek Irek, już nie pamiętam kiedy, zanim pan Waldek zafugował łazienki. Dziadek otynkował też częściowo kotłownie, zanim hydraulicy zaczęli montować piec. I wszystko szło tak, jakby ktoś to doskonale zaplanował- jeden skończył, drugi zaczynał.
Pan Waldek wygładził nam jeszcze ściany w  kuchni, osadził trzy pary drzwi i otynkował kominy.

Tata N. zawiesił szafki.

Kupiliśmy drugi kibelek, czekał trochę na montaż i się doczekał, podobnie jak dwie umywalki do obu toalet. A do każdego punktu trzeba było kupić, zawór, wężyk, baterie itd…

Pan zamontował nam roletę w kuchni i łazience, żebyśmy już nie musieli wieszać ręcznika na czas mycia.

Kupiliśmy panele. Tata N. wyrównał podłogę z desek i na niej  ułożył panele w przedpokoju, po czym przyszedł stolarz i zamontował barierkę. Odetchnęliśmy.

Na nowopowstałym balkonie trzeba było zdemontować belkowania- wcześniej miał to być daszek. Potem zostało posmarowanie preparatem izolacyjnym.

Musieliśmy opróżnić garaż, gdzie miały być wylane posadzki. Stał tu wkład kominkowy o wadze, bagatela 189 kg. Przetransportowanie go z garażu do pokoju dziennego, gdzie ma docelowo stać zajęło Tacie N. i Dziadkowi Irkowi z pomocą moją i chłopaków cały wieczór.

Powoli obrabialiśmy drzwi. Wynosiliśmy gruz z tyłu domu. Pan zabrał jeszcze dwa metry gruzu. Akurat żeby zrobić miejsce na kostkę, którą dostaliśmy za darmo, trzeba ją było tylko zdemontować i przetransportować. Musiałam ogarnąć HDS i przekonać pana, że jednak da się te siedem palet zrzucić na naszym podwórku, pomimo tego, że nie udało mu się na nie wjechać.

W między czasie Tata N. obchodził swoje 40 urodziny, na których raczyliśmy gości pigwówką, zrobioną z ow0ców krzaczka, który rośnie przed naszym domem.

Najświeższe rzeczy to posadzki w garażu, pokoju dziennym i na balkonie. A po posadzkarzach przyszli brukarze. Zrobili porządek z odprowadzeniem wody z rynien na ogród. Utwardzili podjazd i położyli podarowaną nam kostkę, do której musiałam dokupić jakąś względnie pasującą i wymyślić wzorek. A wszystko na papierze za pomocą kredek i linijki :) Taka ze mnie projektantka. Dodatkowym utrudnieniem było to, że nie wiedzieliśmy do końca ile jakiej kostki dostaliśmy. Były dwa kolory na paletach pomieszane. Pan Stasiu z bratem i synami poradzili sobie w tydzień, akurat zanim spadł pierwszy porządny śnieg. I koparka była, i beton był i piach przyjechał i jeszcze mały hds z dodatkową kostką. Przed domem to normalnie mamy już Luwr. Gorzej za domem, gdzie wszystkei cegły, dechy, druty i inne atrakcje zostały i gruz i góry ziemi.

W domu też zmiany, bo Tata N. nie próżnował, a to przykręcił włączniki na stryszku,  a to położył panele w jednym pokoju, a to wstawił drzwi w drugim, a to lustro powiesił, zamontował okap. Ja jeszcze przed jego czterdziestką kupiłam piekarnik, który stał w opakowaniu i stał, ale jak miałam kupować biszkopt na tort, stwierdziłam, że rozpakuję i pierwszym ciastem jakie upiekłam był właśnie urodzinowy biszkopt Taty N.

Nawet Róża załapała się na malowanie na różowo ścianek u swojej chrześnicy.

I oczywiście zostało jeszcze dużo roboty…ale ile jest już za nami ;)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jeszcze tydzień

do Świąt.

Bardzo dużo już jest zrobione. Jeszcze trochę zostało. Chociaż, jak różne osoby wchodzą do naszego domu to pada takie stwierdzenie: „O jeszcze dużo pracy przed Wami”.

Dla poprawienia samopoczucia spróbuję podsumować to, co za nami. Taki dziennik budowy w wersji short.

Przeżyliśmy sprzedaż mieszkania(co wiązało się z odświeżeniem mieszkania, przemalowaniem ścian, wyniesieniem stert rzeczy). Przeżyliśmy zakup domu, co też wiązało się z burzą mózgów, konsultacjami z kierownikiem budowy, hydraulikami, rodziną, czy warto, jakie jeszcze nakłady musielibyśmy ponieść.

Od dnia podpisania aktu notarialnego 18 sierpnia zaczęliśmy ostro działać. Na początek posprzątaliśmy. Pozbyliśmy się starych mebli po Babci Gieni, walających się po budowie szmat, butów,butelek, puszek. No słowem wszelkiego rodzaju śmieci i bezwartościowych staroci.

Potem zaczęli działać hydraulicy. 10 września mieli deadline do położenia podłogówki i wszelkich rur kanalizacyjno-wodnych. Udało im się. Po weekendzie posadzkarze w jeden dzień wylali posadzki.

W między czasie pan Janek zrobił nam rozdzielnię, do której kabel z prądem od licznika doprowadził Tata N. w rowie, który wykopał Mateusz. Podpisałam umowę z elektrownią. Pan Janek zaczął kończyć instalację elektryczną.

Dziadek Irek zrobił ściankę.

Na 16 września miałam umówionego glazurnika. Odmówił mi dwa dni wcześniej, z czego bardzo się cieszę, bo przyszedł pan Waldek. I położył płytki(które wcześniej musiałam wybrać- wizyty w sklepach, ślęczenie w internecie, wymierzyć i kupić- w końcu wszystkie płytki poza podłogą w kuchni i korytarzu kupiłam w sieci). I tak po kolei pan Waldek zrobił łazienkę na górze, dwa kibelki, podłogę w kuchni i korytarz, fartuch z płytek. Ja mu dowoziłam, klej, fugi, krzyżyki, tłumaczyłam moje narysowane na kartce w kratkę „projekty” :).

W tzw. międzyczasie zamówiliśmy parapety wewnętrzne i zewnętrzne, które Tata N. sukcesywnie osadzał. Jeszcze zostały cztery do osadzenia. Zamówiliśmy i wymieniliśmy okno, ze zwyczajnego na balkonowe. Tzn. panowie wymienili, wyrąbali kawał ściany, wstawili okno i obrobili. Pozostałe obrabiali wszyscy, Tata N., Dziadek Irek, nawet Wujek Kacper się załapał.

Zapomniałam jeszcze, że wymierzyłam, kupiłam i rozprowadziłam z pomocą Kacpra kabel zasilający do urządzeń sterujących podłogówką w sześciu pomieszczeniach.

Jednocześnie prowadziliśmy konsultacje związane ze stropem w piwnicy, który od początku budził nasz niepokój. Cegły ze stropu kruszyły się i spadały na ziemię. Szukaliśmy rozwiązania i wykonawcy.Jednocześnie chcieliśmy zgodnie z projektem wyciąć dodatkowe okno w pokoju dziennym, co wiązało się ze wstawieniem nadproża. Tej pracy, a także uzbrojenia i wylania nowego stropu podjął się pan Grzegorz. Na nas spadło zerwanie stuletnich desek z podłogi, rozwalenie ceglanego stropu Kleina i wyniesienie gruzu i pozostałych śmieci, starych mebli z piwnicy.

Muszę zrobić spaghetti. Cdn.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

pierwszy wpis

pisany na nowym Internecie w nowym domu. Znaczy się …chyba się zadomowiliśmy…

Miało być refleksyjnie i już dojrzalej, bo jak przeglądam bloga wstecz to tylko kupy, zupy itp…Ale dosłownie przed chwilą z toalety dobiegł mnie charakterystyczny dźwięk- grypa żołądkowa w wydaniu Stasia odsłona druga. Zdecydowanie bardziej spektakularna od pierwszej. Kibelek i cała podłoga zostały….brak mi słów, więc napiszę wykorzystane. A ja potem musiałam je hm…oczyścić. I tak patetyczny nastrój związany  z tym, że mamy panele w kolejnym już pomieszczeniu i  że już zaczynam myśleć o świętach, prysł…

No ale sytuacje opanowana. S. śpi już grzecznie w łóżeczku. A my z Tatą N. grzecznie w swoim, w swojej sypialni oddajemy się małżeńskim przyjemnościom, tzn. Tata N. czyta „Kasację”, a ja tu sobie piszę z laptopikiem na kolanach, co za komfort. Przez ostatnie dwa miesiące Internet to ja miałam w komórce. W komórce sprawdzałam pocztę, wybierałam rolety, umywalki, baterie, ławkę do kuchni, robiłam przelewy, studiowałam wzory kostek brukowych i bramy wjazdowe, a jeszcze rysunki techniczne schodów modułowych, bo takie zapewne trzeba będzie wstawić Cecylii do pokoju, zamiast skleconej naprędce przez Tatę N. drabiny, a jeszcze przeglądałam dokumenty odbiorowe od pana Kierownika. Oj tam, że mało widać…kto by miał czas się przyglądać.

No więc prawie mieliśmy spokojny wieczór. Czy już mamy normalność? No chyba jeszcze nie. Ale mamy panele w trzech pomieszczeniach. Został jeszcze dziecinny pokój, nasza sypialnia, garderoba i cecylkowy namiot, czyli stryszek.

Dziś zrobiłam zakupy przedświąteczne. Kupiłam dużo przypraw korzennych, bakalii, śliwki suszone, kaszę jęczmienną, grzyby suszone i kapustę kiszoną. Jutro zamierzam zrobić ciasto na pierniki. A pojutrze może farsz do pierogów, które oczywiście zamierzam zamrozić. A i tak jakaś zapóźniona się czuję, bo wszyscy wokół już pierniki popiekli, na fejsa powrzucali. Babcia W. biega i kupuje prezenty. Ja na razie list życzeń wysłuchuję.

Józio rysuje. Złapał fazę. Wczoraj Mrówkojadowy pojazd- obłędny. Dziś to nawet nie wiem co, bo poszłam z Ksawerym do Empiku i pojeździć windą, w czasie kiedy Cecylka miała lekcje rytmiki. Ksawery chodził od półki do półki, od gazetki do gazetki i mi pokazywał. „Ej mama zobacz, to ….” i wymieniał imiona bohaterów kolejnych bajek. Bo stał się ostatnio zapalonym telemanem, co to sobie włączy sam, i nawet jak mama wyjmie kabel znajdzie sposób, żeby uruchomić kolorowe pudło.

No i byli dziś na roratach. Tata N., Cecylia i Bernard i na bułce  z kakaem.

Na dziś wystarczy tych nowin.

Dobranoc :)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj