ostatnie zajęcia

teatralne już za mną.

Naprawdę nieźle się bawiłam z przedszkolakami. Słodcy są.  Panie bardzo miłe. Zapraszają mnie po wakacjach, a ja muszę ogarnąć opiekę dla Józia i Ksawcia, jeśli mam kontynuować.

W czwartek robimy urodzinki. Pani dziś pytała dzieci, kto idzie do Cecylii. Trochę się ich uzbierało. Wymyśliłam, że zrobimy dyskotekę i grę miejską. Taką po naszej okolicy, akurat dla dziewięciolatków. Muszę karty do gry ładnie przygotować. Tort będzie truskawkowy. Chociaż trochę panikuję. Dom trzeba posprzątać. Przekąski ogarnąć.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

taki długi weekend powinien

być co tydzień. Dopiero człowiek dochodzi do siebie, ma czas na przeczytanie książki, porozmawianie z mężem i upieczenie ciasta i to bez wywalonego jęzora.

Zapomniałam o wspólnym rodzinnym oglądaniu filmów, na które w zwykły piątek już nie mam siły. A teraz proszę, seans z dużymi chłopakami, dzisiaj z maluchami. Odgrzebujemy starocie: „Nietykalni” i „Bethoven”. Udało nam się nawet z Bernardem pójść na koncert Eneja.

No i moja córka stojąca przed lustrem i układająca sobie grzywkę tak jak Amelka :)

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

deszcz pada, a te siedzą

w namiocie i czytają książki.

Wczoraj uległam namowom. „Możemy rozbić namiot?”. Mieli nocować, ale zabrakło im odwagi.

Wczoraj jeszcze nie padało. A dziś rano usłyszałam pierwsze krople deszczu, ale nie chciało mi się wyskakiwać z łózka i piżamy. Wolałam zasłużone lenistwo. I teraz Cecylia z Józiem siedzą tam już dobrą godzinę.

Uszy przekłute. W środę pojechałam z Cecylią do SALONU kosmetycznego. Pani najpierw nałożyła żel znieczulający. Po kwadransie narysowała dwie kropki. Przygotował kolczyki z plastiku medycznego. Przygotowała plastikowe pistolety. I przekuła. Dwoje uszu naraz. Cecylii zrzedła mina. Pomimo znieczulenia zabolało. Ale już po godzinie nie pamiętała.

Chodzi teraz dumna. Nagle taka jakby starsza się zrobiła. Urodziny dopiero 4 lipca, ale zgodziłam się na przyspieszoną imprezę. Będzie domówka tuż przed końcem roku.  Trochę stresuje mnie wizja kilkunastu pełnych energii dzieciaków szalejących  w naszym ogrodzie, ale raz kozie śmierć. Jakoś przeżyjemy te dwie godziny. Studiuję propozycje zabaw urodzinowych. Baloniki już czekają. W planie dyskoteka z wykorzystaniem żarówki disco. A potem wyjazdka na ciastka do Wołominka. Na posterunku zostaje Tata N. i podlewa naszą trawę i inne rośliny.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Uff! Chwila spokoju,

zaglądam na bloga,  a tam jakaś prahistoryczna notka o trawie.

Trawa już była za trzy razy skoszona. Z updejtów, wreszcie po całym zamieszaniu okołokomunijnym, wyjazdowym i pracowym posiałam trawę na skrawku ziemi przed domem, inaczej na froncie, jak to u Babci Halinki zawsze było. Babcie ten front zawsze miała ukwiecony, kolorowy. Ja postawiłam na trawkę. Z przodu została pigwa i forsycja, trochę przycięte i jak się okazało piwonia, która wylazła i kwitnie. To jedyna zbieżność mojego „frontu” z babcinym, bo u niej właśnie piwonie były i cudnie pachniały. Jak u Prousta smak magdalenki, mnie zapach piwonii przenosi do ogródka na froncie przed domem na Lwowskiej w Tarnowie. U mnie poza wspomnianymi spadkami po pani Gieni, mam jeszcze nowe, wsadzone za namową mamy dwie porzeczki i agrest na pniu i trzy borówki amerykańskie na poskubanie.

Dzisiaj było wielkie wynoszenie śmieci ze starego drewnianego domku w ogrodzie i tym samym pozbyliśmy się już wszelkich rupieci niepotrzebnych rupieci po starych właścicielach, niepotrzebnych śmieci budowlanych.

A  tak w ogóle: Cecylia miała KOMUNIĘ.

Przygotowania były dosyć intensywne, skoncentrowane na tym, żeby uruchomić duży pokój, gdzie mieliśmy zjeść obiad.  W środę przed komunią kładli nam panele, a w czwartek musiałam jeszcze pomalować pół pokoju, bo nie zdążyłam przed panelami niestety. W czwartek wieczorem pan przywiózł nam zamówione drzwi do piwnicy. Komunia  w sobotę, żeby nie było. Dziś wydaje mi się, że to wieki temu. Tak ten czas gna. Bo inaczej nie można tego określić. Po drodze zaliczyłam przecież dwa występy na Dzień Mamy, biały tydzień, wyjazd z Cecylią, Staśkiem i Tatą N. do Rzymu, przesłuchanie w muzycznej i  rozpoczęcie fuchy z  postaci prowadzenia warsztatów….teatralnych w przedszkolach.

Ale wracając do tego momentu. Udało się. Było pięknie. I  w kościele, tym razem w Kwidzyńskiej Katedrze, gdzie pomimo ogromnej ilości dzieci i rodziny było czym oddychać. Potem uroczysty obiad. Pani ugotowała nam w naszej kuchni. Chłopacy kelnerowali. Nawet mogliśmy już gości na trawę wypuścić. Przeżyła i ma się dobrze. Cecylka dostała trampolinę, którą Dziadek od razu z Wujkiem Siergiejem rozłożył. Więc dzieci miały zabawę. W naszym salonie zmieściło się 26 osób i trzy dzidziusie.  I naprawdę było wspaniale. Cecylia szczęśliwa.

A tydzień później w ramach prezentu komunijnego polecieliśmy do Rzymu, przede wszystkim do Świętej Cecylii. Razem ze Stasiem, którego ta przyjemność wyjazdu pokomunijnego ominęła z braku środków. Chociaż bylismy już w Rzymie, to razemz  Tatą N. byliśy w niektórych miejscach pierwszy raz. Na Palatynie, Forum Romanum, czy w środku Kolosseum. Udało mi się namierzyć pierwszy raz Bocca della verita. No i oczywiście Zatybrze, kościół Św. Cecylii i Św. Marii na Trastevere, że o Panteonie nie wspomnę Trochę się tego znalazło. Na Watykan, dzieki uprzejmości zaprzyjaźnionego Ojca Polikarpa mogliśmy wejść VIPowskim wejściem, spojrzeć na plac Św. Piotra z balkonu, obejrzeć ciekawy korytarzyk ozdobiony przez samego Rafaela i inne sale nie włączone do Muzeów Watykańskich, posłuchać o historii Polski z perspektywy Watykanu i historii kościoła, pokręcić się przy sekretariacie PAPIEŻA i poznać jego sprzątaczkę  i inne szychy tam pracujące :) Rzym w maju jest cudowny. Wszystko kwitnie. Wszystko pachnie. Wieczory długie.

Dla dzieci ogromną atrakcją było metro. Przez te trzy dni były naprawdę dzielne. Wycieczka im się podobała. Że nie wspomnę o locie samolotem. Chociaż to dotyczy bardziej Cecylii, bo Stasiu raczej źle znosił lot. I tak cudownie było wrócić do swojego domku i  do swojej trawy, gdzie Ciocia Róża zajmowała się resztą naszych dzieci, poza Bernardem, który akurat był na wycieczce w Warszawie.

Odkąd wróciliśmy przeżywamy szok termiczny. Ciągle to lato nie może się rozkręcić. Chociaż dla zasianej trawy te ulewy to akurat dobrze. Już niedługo koniec roku :)

Ach! I grill na  naszej trawie był! Teraz obiecałam Cecylii zrobić jej urodzinową imprezę, bo zawsze ją ta przyjemność omija- urodziny w  wakacje. Mam nadzieję, że przejemy inwazję 20 rozbieeganych dzieciaków, i że oni przeżyją…

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Trawa

wzeszła na całego!

W piątek zauważyłam zielony cień na ziemi. Z bliska widać było pełno małych kiełków. Wczoraj jak na zamówienie była ulewa. Trawsko podlane. Dziś coraz więcej zieleni. Cóż za radość.

Z ogródkowych przeżyć: kupiłam w Biedrze wisterię za ok. 7 pln. 10-cio centymetrowy patyk w doniczce. Ale chyba żyje, bo takie małe zielone po bokach tak jakby rośnie.  A wczoraj jeszcze wiciokrzew japoński, kwitnący na biało. No i wysiałam wreszcie ostróżkę, maciejkę i groszek pachnący. Koło furtki.

Dziś natomiast odkryłam, gdzie posadzę moją wisterię, glicynię….chyba chińską. Koło orzecha, jego ucięty pień będzie jedną z jej podpór.

Skończyliśmy z Tatą N.  „Utopię”. Hardcore.

A dzisiaj na dobranoc „Gifted” z Kapitanem Ameryką w roli głównej. Zastanawiam się.

Poza tym Tic toc….cały czas zbliżamy się do 20 maja. Jutro spowiedź próbna. Potem seria zebrań i spotkań i potem prób….Dobra noc!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dzień szczepionek.

Jako że umawiałam Tatę N. z jego gardłem do lekarza, pani z przychodni zagadnęła mnie, ze mamy zaległe szczepienia, czego akurat byłam świadoma, ale nie udało nam się umówić przed Świętami. I stwierdziłam, że właściwie też możemy przyjść. Padło na Antoniego, Cecylię, Józefa, a na miejscu jeszcze okazało się też, że Ksawery ma zaległe szczepienie.

Także hurtem. Jakby tego było mało, to Bernard dzisiaj się odczulał, a to też w formie szczepionki. Jaka ulga, że na ten rok szczepionki mamy z głowy…

Przed Świętami też chciałam posiać trawę, ale nie udało się, więc dziś jeszcze walczyłam z korzeniami podagrycznika. Może uda się w czwartek, po zapowiadanym przymrozku.

W Święta tradycyjnie, nocne czuwanie, na którym wszyscy zmarzliśmy. Potem lenistwo, lazania na obiad i obżarstwo przez kolejne dwa dni.

Ambitnie zrobiłam cztery ciasta, bo miałam takie poczucie, że jak zrobię mniej to skończą się w pół dnia. Ku mojemu zaskoczeniu największym powodzeniem cieszył się mazurek. Miał to być wielkanocny akcent, ale zrobiłam go trochę na siłę i bez wczuwania się. Kruchy blat posmarowałam karmelem z puszki i obłożyłam wokół maltersami. Dzieci się nim zajadały. I po co się wysilać.

Przez całą przerwę świąteczną dzieciaki grały w Osadników z Katanu, chyba Junior, a rodzice, jak nie przygotowywali czegoś, lub nie spotykali ze znajomymi i rodziną, oglądali filmy. Polecam najnowszy film Mela Gibsona „Przełęcz ocalonych”.

Alleluja!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Co robię kiedy nie

piszę? Ostatnimi czasy walczę z podagrycznikiem i górami w naszym ogródku. Chłopcy pomagają mi przekopać, a ja wybieram kłącza, żeby się pozbyć tej rośliny. A jest ona WSZĘDZIE. Miewam kryzysy, kiedy brak mi sił i widzę, jak powoli to idzie. Ale małymi metrami granica przekopanego kawałka przesuwa się w stronę płota. W międzyczasie mieliśmy gości.  I teraz w naszym ogródku rosną już dwie pienne porzeczki, jeden agrest, trzy boróweczki, a do tego trzy clematisy, dwa bukszpany, dwa miliny, dwie jeżyny i siedem tuj, poza ogromnym orzechem, małą wisienką, pigwą i forsycją oczywiście. Odkrywam jaką radość sprawia grzebanie w ziemi.

Józio i Ksawery dzielnie mi towarzyszą. Ostatnio mają fazę na robaczki. I są przeszczęśliwi znajdując kolejne dżdżownice w przekopanej ziemi. Same dżdżownice może trochę mniej, ale jakoś muszą przetrwać tą fascynację. Już nawet słoik z dżdżownicami wylądował w dziecinnej sypialni. Na szczęścia szybko ją opuścił.

Zakopana w tym ogródku, jakoś w ogóle nie mam czasu nawet pomyśleć o Świętach i porządkach. Bo poza tym, że powoli niektóre rzeczy się porządkują, chociażby z tego powodu, że Tata N. położył do końca panele w naszej sypialni i szafki w miejscu docelowym stoją i drzwiczki przykręcone mają i parapet zamiast na podłodze, jest już przytwierdzony przy oknie. To jakoś trudno mi myśleć o oknach na przykład, chociaż przydałoby się. Ten dom i ogródek pochłonęły mnie całkowicie. Plus dzieci, które przecież ciągle fundują mi jakieś atrakcje, a to jutro robimy palmę, potrzebuję materiałów, a to jadę na wycieczkę daj stówę, a to nocuję w szkole, kup przekąski, zrób kanapki i spakuj. Kołowrotek.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dzień Kobiet, Dzień Józeczka!

Za nami. Prawie. Jeszcze Stanisław biega po korytarzu i wymachuje mieczem świetlnym z dwoma czerwonymi ostrzami. I Ksawery nie może zasnąć. No to śpiewam im te kołysanki. I tak jakoś zeszło na kanony Taize zapamiętane z rekolekcji, spokojne, wyciszające. A Ksawery prosi :”Mamo śpiewaj kołysanki dla dzieci”. No to lecę z moim standardowym zestawem. Po dwóch prześpiewaniach „W górze tyle gwiazd” zaczęłam mruczando. „Mamo śpiewaj tak IDEALNIE”. A ulubioną kołysanką Ksawerego jest ta o zepsutej ciuchci- czyli „Lokomotywa”. Dlaczego o zepsutej? Nie mam pojęcia.

Urodzinki możemy uznać za udane. Cały dzień czekaliśmy z Józiem na paczkę, paczuchę. Oglądaliśmy w internecie, gdzie jest paczka- prezent niespodzianka.

W międzyczasie Józio otworzył trzy jajka niespodzianki. Jedno po śniadaniu, jedno od Taty, i jeszcze jedno po obiedzie. Jak już nasi szkolnicy wrócili ze szkoły i zjedli obiad, poszliśmy do sali zabaw. Do której mamy mniej niż 10 min na piechotę. Cudownie jest mieć tak wszędzie blisko. Cztery Cesarzyki szalały przez godzinkę, a ja odebrałam smsa, że nasza paczucha już jest. No to wyprawa ruszyła ją odebrać. Paczkomat znajduje się na  końcu naszej ulicy, na tym dalszym końcu, ale nadal raczej blisko, zwłaszcza jak się idzie po wyczekiwaną paczkę. Józio nie chciał zaglądać od razu. otworzył dopiero w domu. Całą drogę Jeremi i Cecylia dopytywali się co tam jest.

W domu otworzyli i się zaczęło. Domek lego. Z telewizorem, z kuchnią z muffinkami, z łazienką umywalką, łóżkiem. Nawet z basenem i budą dla psa Husky. Józio obiecał Jeremiemu i Cecylii, że zawsze będą mogli się z nim bawić jego domkiem. Józio był szczęśliwy. Potem jeszcze było zdmuchiwanie świeczek, sto lat i tort. I jeszcze przyszła Kasia z Pawłem i przynieśli Józiowi miecz świetlny.

A teraz Józio śpi w kolebusi, w kolebusi…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Deszczowy i przygnębiający poniedziałek

już prawie za mną. Ja mam jakiegoś pecha, że zawsze jak mam hormonalny zjazd to jeszcze czytam jakąś smutnawą książkę, pada deszcz, psuje mi się coś w domu( na przykład pralka) albo wszystkie te trzy rzeczy na raz. Aha i zapomniałam o przypalonym obiedzie… Czyli cztery.

Czytałam dziś historię trzech nastolatek „Trzy wierzby. Opowieść o przyjaźni”. Książka mnie nawet wciągnęła. I kolejne bohaterki doświadczały poważnych życiowych rozczarowań, a nawet dramatów, jak rozpad małżeństwa rodziców po śmierci drugiego dziecka. Już pociągałam nosem. Potem nastawiona pralka przestała działać, więc stwierdziłam, że takie podmoczone pranie upiorę w wannie. Prać to jeszcze można ręcznie, ale wyżymać? To coś strasznego! Zaraz rozbolały mnie nadgarstki. Sytuację pogorszył jeszcze swąd palącego się schabu w sosie, z którego cały sos odparował, podczas gdy ja męczyłam się z praniem.

Na szczęście dzieci, K. i J2 zachowywali się wzorowo. Najpierw układali puzzle, a potem budowali pojazdy i zoo z lego Duplo, którym nie bawili się już dobre dwa miesiące.

Wracając ze szkoły z Jeremim kupiłam trzy pizze do podpieczenia, a do tego odgrzałam dwa wczorajsze schabowe i ziemniaki, których Tata N. tradycyjnie obrał na dwa dni. Sytuacja obiadowa została uratowana.

Gałązki forsycji, które wsadziłam do wazonu po podcięciu krzaka mają coraz więcej żółtych kwiatów. Powietrze jest też takie wiosenne.

Robiąc takie małe podsumowanie wszystkich rzeczy, które zepsuły nam się w ostatnim czasie, lista jest naprawdę imponująca. Zaczęło się od zmywarki, kupiliśmy używaną za 200 – myje lepiej  niż nasza stara, która była od swej następczyni o dwa lata młodsza. Obecnie nasz wieloryb przebywa już drugi tydzień u mechanika. Aż boję się pomyśleć, ile zapłacimy za naprawę. W trakcie permanentnej naprawy był zielony Lanosik, który ma dużo rzeczy do wymiany, ale w którym zepsuty parownik uniemożliwiał bezpieczną jazdę. Tata N. ściągnął zestaw naprawczy z Internetu i naprawił, siedząc przez kilka wieczorów na zmianę w garażu lub w internecie na tutorialach. W piątek wieczorem sprzątając w ogródku zauważyłam, że ze studzienki kanalizacyjnej wybija woda,a  raczej ciecz.

W sobotę rano Tata N. wziął długiego druta i przepchał. Dziś już kupił profesjonalną sprężynę na tego typu okoliczności. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale było to poruszające zdarzenie.

No i teraz ta pralka. Stoi rozbebeszona przez Tatę N. i czeka na łożysko. Choć ruszyć z miejsca nie chciała pewnie z powodu skarpetki Jeremiego, która wśliznęła się nie tam gdzie trzeba i zablokowała maszynę.  Nasz Lavamat służy nam dzielnie 7 lat. Pan naprawiacz pralek wieszczył jej koniec już dwa lata temu. Ale jeszcze dawała radę jedno pranie dziennie obsłużyć. Zobaczymy co dalej nas czeka tej wiosny…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Połowę mojej kuchni zajmuje

statek kosmiczny, który leci do Star Wars. Chłopcy biegają po pokładzie zbudowanym z jednego stołka i sześciu krzeseł. Ksawery założył hełm i zamienił się w strażaka.

Przed chwilą padał śnieg, ale już się roztopił. I dobrze, bo Józio na jego widok się zmartwił, że będzie jeszcze długo musiał czekać na swoje urodziny.

Z tłustego czwartku zostały tylko dwa pączki. U nas bardziej tłusta była w zasadzie środa. O siedemnastej przygotowałam ciasto. CHwilę musiało poczekać. Wszyscy po kolei okładali je wałkiem, żeby wtłoczyć jak najwięcej pęcherzyków powietrza. Później była kooperacja, Antek wałkował, ja kroiłam, Stasiu wywijał, ja smażyłam. CIasto na faworki zrobiłam z kilograma mąki- podwójna porcja. Wcinali na bieżąco, ale po kolacji były jeszcze trzy duże talerze. W czwartek rano na jednym talerzu zostały trzy faworki, z którymi Józek i Ksawery rozprawili się nawet nie wiem kiedy. Ambitnie chciałam zrobić jeszcze pączki albo przynajmniej donaty, ale w końcu kupiłam karton biedronkowych po 40 groszy. Z 24 zostały jeszcze 2 na dzisiaj.

I obejrzałam wczoraj „Pasażerów”. Bardzo mi się podobało. Może przewidywalne trochę, ale przyjemnie było popatrzeć na Jennifer Lawrence i Chrisa Pratta. Dla mnie to bardziej film o związku niż science fiction, bo tu byłoby się do czego przyczepić.

Dzieci właśnie oderwały nóżki od krzesełka mamut i używają ich jako tuby i śpiewają mi wymyślone piosenki, o treści : „Moja słonica jest fajna”- to o zabawce z McDonalda- postać Meeny z „Sing”.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj